Land Roverem nad Bajkał - cz. 1.





Początek

Plan wyjazdu nad Bajkał zakiełkował, gdy w 2008 roku byliśmy na zaćmieniu słońca w Nowosybirsku (samochodem, jakżeby inaczej). Zobaczyłem wówczas znak: "Irkuck 1800 km". W skali rosyjskiej to jest niedaleko. Zaczęło się powolne, choć konsekwentne planowanie. Przede wszystkim zakup wozu z napędem na 4 koła (w czasie poprzedniej wyprawy kilka razy musieliśmy wypychać samochody). Potem - przygotowanie go pod nasze potrzeby i dopieszczenie go tak, aby nic poważnego się nie zepsuło po drodze. Większość prac wykonała firma "Trasek" z Gdańska. Najpierw była rozmowa z szefem, który powiedział: tego i tamtego nie robić, za to koniecznie trzeba zrobić to i to. Zupełnie inaczej, niż mi się wydawało. Ale cóż, z fachowcem nie będę dyskutował. Jak zwykle nie wystarczyło na wszystkie duperele czasu, bo to już... już... zaraz 16 lipca 2011 roku, czyli dzień naszego wyjazdu. Wyprawa zaplanowana jest na 6 tygodni, czyli całkiem sporo.

Plan wyprawy jest prosty: z Polski wyruszają trzy osoby, dwie dolatują za dwa tygodnie do Irkucka. Potem jeździmy wokół Bajkału przez kolejne 14 dni, odstawiamy grupę samolotową na lotnisko i wracamy.



16 lipca, pierwszy dzień podróży

23.00, nocujemy w Białoruskim lesie, ok. 30-40 km od granicy. Odprawa graniczna przebiegła bardzo sprawnie - trafiliśmy na puste przejście. Dopiero po chwili za nami ustawiła się kolejka samochodów. Celnik zapytał się, dokąd jedziemy. Gdy się dowiedział, popukał ręką w błotnik naszego discovery i powiedział: Nad Bajkał? Na tej maszynie? Pokręcił z niedowierzaniem głową. Może zdziwił się, gdyż discovery zaczął dziwnie piszczeć podczas wolnej jazdy. Dźwięki dobiegają z okolicy przednich i tylnych piast. Trochę się tym faktem zaniepokoiliśmy. Rano okazało się, że pisk ustał. Ulżyło nam.

 



18 lipca, trzeci dzień podróży

Droga idzie świetnie, dajemy radę (na razie) wszelkim przeciwnościom losu.

Pod wieczór dojeżdżamy do Moskwy. Chcemy uniknąć korków w centrum i kierujemy się na obwodnicę Moskwy. To był błąd. Natychmiast utykamy w gigantycznym kolumnie samochodów. Posuwamy się małymi skokami przez prawie godzinę. Okazuje się, że przyczyną jest przejazd kolejowy, co chwilkę zamykany. Ale już po problemie, mijamy tory i... coś niedobrego dzieje się z naszym samochodem - sprzęgło się ślizga. Mała panika na pokładzie, bo to przecież dopiero początek naszej drogi! Stajemy na poboczu, wyciągam listę z wynotowanymi serwisami land rovera w Rosji i szukamy najbliższego. Jest, niecałe 20 km od nas. Dzwonię, łączą mnie z Romanem, który bardzo uprzejmie proponuje nam zapisanie do serwisu na pojutrze. Nie za bardzo nam to odpowiada (z Irkucka mamy odebrać drugą część ekipy, a czekanie na naprawę pożre nam cały rezerwowy czas). Ale co robić, siadam za kierownicą, ruszam delikatnie w kierunku centrum Moskwy. Naciskam gaz nieco mocniej, jeszcze mocniej i zauważam, że problem ustąpił. Pół godziny odpoczynku rozwiązało sprawę. Nie wiemy jednak, czy jest to rozwiązanie definitywne, czy chwilowe. Krótka dyskusja i dzwonię ponownie do Romana, odwołuję wizytę. Roman nas przekonuje, że ryzykujemy. Ale trudno - jedziemy dalej.

Nocujemy nad ładną rzeczką za Moskwą. Niestety koła znowu piszczą. Słychać to w czasie wolnej jazdy. Jest to trochę obciachowe. Rano podnosimy samochód hi-liftem i sprawdzamy, co to może być. Wysyłam mail z pytaniem do "naszych" mechaników do Gdańska w sprawie piszczenia i sprzęgła. Chłopaki oddzwaniają i nas uspokajają. A więc przemy dalej na wschód.


21 lipca, szósty dzień podróży

O 20:13 (16:13 czasu polskiego) docieramy do granicy Europy i Azji. Robimy pamiątkowe zdjęcia, sprawdzamy, czy jest coś ciekawego na straganach i ruszamy w dalszą drogę. Za nami już 3362 km. Przed nami znacznie więcej.

 




Text/foto: Maciej Grzmiel

 

 




Część druga >>