Z Simsonem w Pamir... - odcinek 5.





2010-07-07 środa

Prowadzimy ze Szpilbergiem na zmianę. Super kompan w podróży. Generalnie obsada ewloodowa bardzo ok. Zgrywamy się.

1

Na rogatkach Beyneu spotykamy rodaka. Zawsze to
mile chwile, nawet, gdy rodak jest z pochodzenia…
Uzbekiem.

W tym Beyneu można sie poczuć, jak w westernowym miasteczku. Kilka domostw skupionych przy jednej drodze, wokół pustynia.
Za miastem dopada nas wschód słońca. Szpilberg z Bartkiem biorą się do roboty, znaczy… kręcimy. Przywołuję w pamięci osiedla PGR-owskie porozrzucane po naszych zadupiach. Gdy tam zbłądzę przypadkiem, zadaję sobie pytanie: z czego tu ludzie żyją? Tu, na stepie, też żyją ludzie, a pytanie staje się jeszcze bardziej zasadne.
Drogowskazem jest towarzysząca nam linia kolejowa, biegnąca do Uzbekistanu. Do granicy już tylko kilkadziesiąt km.
Na kazachskim poście meldujemy się parę minut po 6-tej. Terminal w budowie, granica chwilowo zamknięta. Chwila trwała trzy godziny. Naszych w kolejce nie widać.
O 9-tej upał jest już bardzo męczący. Moi pasażerowie drzemią, ja chowam się w cieniu stojącego nieopodal baru i rozmawiam z lokalesami. Głównie interesuje mnie stan nawierzchni drogi, którą mamy do pokonania.
- Jeszcze 30km słabej drogi, a potem już bardzo dobrze.
Na samej granicy nas nie poniewierają. Kazachowie trochę kombinują, ale kontrola jest

2

O 9-tej otwierają granice.

szczątkowa. Między kek punktami brodzimy po kostki w glinianej mące. Pył wdziera się wszędzie. W końcu bramka i stajemy przed uzbeckim szlabanem. Przed nami kilka starych Ład i Żiguli. Tak wyglądało to przez chwilę. Po 10 minutach wcisnęli się przed nas wszyscy pozostali i wylądowaliśmy na szarym końcu.
Stoimy w strefie niczyjej. Wokół kupa śmieci, zużytych zapcziasti, złomu, gruzu... Trzeci świat.
Po kilkunastu minutach idziemy z Bartkiem na zwiady. Przy szlabanie krótka rozmowa i gościu każe nam... wjeżdżać! Szlaban podnoszą tylko dla nas. Reszta pokornie godzi się podobnie, jak my wcześniej z ich parkowaniem.
Odprawa również idzie migiem. Nie musimy nawet płacić za ksero. Służalścik sam bierze kwity i załatwia, co potrzebne za nas. Za nic nie płacimy i w ogóle nic nie płacimy! Po godzinie Uzbekistan stoi przed nami otworem.

3

Kumoszki z Uzbeku.

Tuż za szlabanem dopadają nas handlarze walutą, a właściwie handlarki. Robi się niesamowity rwetes. Rwetes do tego stopnia, że pogranicznik czuje się w obowiązku interweniować.
Negocjacje to tu... przyjemność. W końcu dogadujemy się z jedną taką, której pozostali chcą zaraz wyłupać oczy. Ja wymieniam 100$, głównie z myślą o paliwie.
Otrzymuję gruby plik sumów, łącznie 215 banknotów. Nie da się tego przeliczyć w spokoju, bo wszyscy wrzeszczą, ale próbuję się skoncentrować. Przeliczenie tej kupki zajmuje dobrą chwilę…
Przed nami resztki stepu i pustynia Kara Kum. Temperatura rośnie z minuty na minutę. Notujemy rekord: 45st w cieniu. Nie ostatni!
Najważniejsza jest woda. Jeszcze na granicy kupujemy kilka butelek. Pragnienie i cena jego zaspokojenia będą wzrastały teraz z każdym kilometrem. Naszym celem na dziś jest Chiwa ze spektakularnymi zabytkiem, starą twierdzą zbudowana po środku niczego.
Po drodze notujemy kolejny rekordowy upał. Na zewnątrz temperatura osiąga +53st! Wewnątrz tylko… 50. Pęd powietrza już nie chłodzi. Gorące powietrze parzy. Zamykamy okna i gorączkowo szukamy jakiejś oazy. Nie mamy już wody, poza resztką w spryskiwaczu, którym na zmianę zraszamy twarze. To taki sprytny patent w miejsce klimatyzacji.
Wreszcie na horyzoncie pojawiają się skromne zabudowania. Zjeżdżamy i znajdujemy lokal z... lodówką.

Kurwa, ludzie… Jesteśmy uratowani! Siadamy w klimatyzowanym pomieszczeniu i delektujemy

4

Ten bar uratował nas przed usmażeniem się na pustyni.
W wozie temperatura sięgnęła 53st, na zewnątrz stopni 50!
Cola i Fanta z lodówki… Marzenie. Fanta, co prawda lekko
skwaśniała, ale byliśmy w raju. W środku przyjemnie,
klima działała, spędziliśmy tu dobra godzinę i to było to!

się chłodem.
Połykamy pierwszą butelkę prawdziwej Coli, potem drugą i trzecią. Jest też Fanta, ale jakby lekko sfermentowana.
Siedzimy bez słowa dobrą godzinę, albo i lepiej. Nikt nas nie wyrzuca. Chcą nam nawet usmażyć jajecznicę, ale w tym upale smażenie czegokolwiek, to jak przyglądanie się torturom.
Uff... Na samo wspomnienie robi mi się gorąco!
Elwood, sam w sobie czarny, nie daje się po wyjściu dotknąć. Przypomina rozżarzoną patelnię. No, ale trza jechać. Ostrożnie pakujemy się do środka. Naprawdę można się poparzyć, dotykając np. klamki!
Za miastem zjeżdżamy do doliny Amu-darii.

Stajemy na chwilę, by nasycić oczy piękną panoramą i dostrzegamy... mirmilową załogę! My nocą jechaliśmy non stop, chłopaki zaś biwaczyli w stepie.
Szpilberg korzysta z okazji i kręci kolejny odcinek z trasy.
Do Chiwy dojechaliśmy w środku nocy. Po krótkim spacerze po zabytkowej części otoczonej murem, Bartek ze Szpilbergiem decydują, by jechać dalej. Ja nalegam, abyśmy zalegli w twierdzy, nawet na kamieniach (były cieplutkie), by mieć co obejrzeć o poranku.
Moja koncepcja poległa, za to wszyscy polegliśmy kilka kilometrów za miastem, bo nie dało się już jechać dalej. Zmęczenie wzięło górę...

 

 

2010-07-08 czwartek

5

Parę minut po 6-tej rano kopię zalęgające wokół
auta zwłoki.

Parę minut po 6-tej rano kopię zalęgające wokół auta zwłoki. Oszczędzam tylko Wandzię, bo mogłaby... oddać, harda góralka. Nic to, że położyliśmy się tuż przed czwartą. Zresztą jak nie ja, to swoją robotę wykonałoby słońce, które pożerało cień w oka mgnieniu.
Kierunek Buchara. Po niej sobie znacznie więcej obiecuję.
Jedziemy wzdłuż Amu-darii.
- Czy wiecie, że dotrzemy do jej źródeł? Pytam Szpilberga i Wandzię.
To największa rzeka Azji Centralnej. Jej źródła wypływają w... przeciwnych kierunkach. Przypadek dość szczególny. Rzeka ma je dwa, które początek biorą w jeziorze Czakmatyn w Dolinie Małego Pamiru. Na zachód płynie Wachan, na wschód Aksu (dawniej Oksu). Oba zbiegają się w Panju (Pandż - czyli pięć. Z kaszubska też. Pandż, to rzeka pięciu rzek, które są jej dopływami). A co ma Pandż do Amu-drii? Otóż opuszczając górzysty Badachszan Pandż na Niznie Turańskiej zmienia nazwę na Amu-darię.
Podobnie jest z Syr-darią, która wypływa ze zbiornika toktogulskiego spiętrzjącego wody... Narynia.
W jakiś sposób tłumaczy to zresztą Azję Centralną jako taką. Idealny przykład, że jedna sprawa może mieć dwa oblicza. Np. sprawa logicznie możliwa, okazuje się nagle niemożliwa do załatwienia. Jak już się staje niemożliwą, to jest jak najbardziej możliwa do… załatwienia!. Prawda to oczywista funkcjonuje w społeczeństwach, w których nie stać państwo na utrzymanie przerośniętej biurokracji, czy innej postaci służby. Już Stalin kazał nie płacić kucharkom (kucharze, to wytwór kapitalistycznej rozbuchanej konsumpcji), wychodząc z założenia, że z głodu nie zginą.

 

Jedziemy dalej. Na dość sporym odcinku trakt jest mocno zurbanizowany. Przejeżdżamy przez rząd mieścin. Tu zmuszony jestem odebrać prawo prowadzenia Elwooda Szpilbergowi. Stajemy z powodu braku paliwa.
Jestem zdumiony, bo z licznika wychodzi mi, że bratek kopci blisko 17l/100km! Na ostatniej stacji paliw w Kazachstanie wlałem do baku 170l i zalałem wszystkie cztery kanistry paliwem. Przez te zadupia nie możemy jechać szybciej niż 50-60km/h, jazda rwana, brak płynności. Przeciążony zestaw z jego inercją powoduje gwałtowny wzrost zapotrzebowania na paliwo.

7

Tam Buchara.

Martwię się tym, bo łamie to budżet. Siadam za kierą, żongluję łagodnie biegami, operuję luzem tak, że dojeżdżamy jakoś do Buchary. Zastanawiający jest fakt, że nigdzie po drodze nie mogliśmy dotankować. Po prostu nie ma diesla!
Pewnie w Bucharze nie będzie takiego problemu, pocieszam się.
Parkuję w centrum. Klimas jeszcze przed Bucharą przesiadł się do naszego czołgu w miejsce Szpilberga i z Bartkiem oraz Wandzią idą zamówić coś do żarcia w pobliskiej restauracji, ja zaś ruszam na miasto zatankować. Pomaga mi w tym taksówkarz, który uświadamia mnie, że brak diesla, to problem ogólnokrajowy. Jadę za nim na wybrane stacje, gdzie jego zdaniem jest szansa te paliwo załatwić. Nic z tego.
Zabieram jeszcze jakiegoś uczynnego gościa i we trójkę w moim aucie jeździmy po całej Bucharze za tym paliwem. Ostatecznie na jakieś lewe talony tankuję 15km za miastem! Wlewam 80l paliwa po 1400sum/l (dolar = 2150sum, normalna cena paliwa 1100sum/l). Za pomoc w sprawie na moje konto tankuje również 20l pomocnikowi.
Zaaferowany całą sytuacją do knajpy docieram po 1,5h. Tu dopiero zdaję sobie sprawę, jak ten czas w międzyczasie zapierdalał. Miałem wyłączony tel. komórkowy i zastałem ekipę pełną obaw o moją osobę.
Klimas bezceremonialnie mnie zjebał i na nic były moje tłumaczenia. Faktycznie dałem dupy na całej linii, bo oni powoli odchodzili od zmysłów. W minorowych nastrojach opuszczaliśmy Bucharę. Ekipę mirmilową spotkaliśmy za miastem i oni również mieli spory problem, ale ciut więcej szczęścia. Im z kolei pomógł syn miejscowego VIP-a, poznany przygodnie. Za diesla płacili równo dolara, ale załapali się przynajmniej na kolację i coś przy tym zobaczyli.
Paliwa nie można było zatankować praktycznie do granicy z Tadżykistanem. Na niej stanęliśmy o 2-giej w nocy…
Głucho, cicho, ciemno jak w dupie. Bramka zamknięta. Stoję na światłach, które blado oświetlają zabudowania uzbeckiego posterunku.

8

Po wielu przebojach przekroczyliśmy granice uzbecko-tadżycką
i wjechaliśmy do Zerawszanu.

Po 15 minutach podchodzi do nas pogranicznik i po kolejnym kwadransie granica odżywa. Wita nas komendant w fazie trzeźwienia. Niedbale rozpięty mundur, koszula wygląda tu i ówdzie, krawat błąka się w okolicy szyi. Przywitał nas zajebiście swojsko:
- Guten Abend! Czy ktoś z was mówi po niemiecku?! To drugie zdanie już po rosyjsku, zaakcentowane czkawką.
No to sobie trochę porozmawialiśmy. Na szczęście był dobry kontakt i odprawa szła wartko. Po półgodzinie dołączył drugi wóz i o trzeciej nad ranem budziliśmy Tadżyków.
Tu formalności również szły płynnie, ino załoga domagała się koniecznie bakczyszu za nocne formalności. Ostatecznie skończyło się na kilku dolarach doliczonych do nowej taksy za pojazdy.
Wjeżdżamy do Tadżykistanu kierując się na Pendżykent.
- Tu, moi drodzy, czuję się, jak w domu. Myślę, że również i wy odczujecie, że wkraczamy do innego, lepszego świata.
Witały nas pola słoneczników, na tle gór i wschodzącego za nimi słońca...

 

text: Darek Elwood Czapko

 


1

Droga do granicy kazachsko uzbeckiej wiedzie przez step
i półpustynię.

2

Mała impresja…


3

Wszystko w wschodzącym słońcu.

4

Jedziemy wzdłuż lini kolejowej Atyrau – Nukus.

5

Obowiązki Szpilberga.

6

Jeszcze tylko muzułmański cmentarz w polu…

7

…i stajemy na granicy.

8

Jest 6 rano. Załoga w kimę a ja…

9

…na pogaduchy. Termometr wskazuje 40st.!

10

Przed uzbeckim szlabanem, kto pierwszy, ten lepszy ale… nie do końca.

11

Granicę przekraczamy pierwsi. Szlaban otworzono tylko dla nas. Oprawa ekspresowa. Wjeżdżamy do Uzbeku i próbujemy od razu wymienić walutę. Rwetes przy tym nie do opisania. Wrzaski, kłótnie… Lubię to!

12

Na pierwszym postoju smak orientu.

13

Na pustyni radzą sobie doskonale. Te zioła są kolczaste. W tym niedoborze przyroda broni się sama. Wielbłąd ma to jednak głęboko… Radzi sobie lepiej.

14

Szpilberg zakochał się w Elwoodzie. Nie on pierwszy.

15

W nocy dotarliśmy do Chiwy i przekroczyliśmy bramy słynnej pustynnej twierdzy.

16

Szkoda, że tylko nocą.

17

6.30… Szpilek śpi jak dziecko, a do mnie mówił dziadzia. Byłem najstarszym uczestnikiem wyprawy.

18

Amu-daria. Nie wszyscy są świadomi, że wyprawa dotrze do jej źródeł. W ogóle, to ewenement, bo rzeka ta ma dwa źródła wypływające z tego samego jeziora. Wachan płynie na zachód, a Oksu na wschód, by potem zejść się w… Piandż. Opuszczając Badachszan Piandż staje się Amu-darią.

19

Jeden z wielu postów. Tu na odcinku Chiwa – Nukus.

20

Przywitał nas kolejny wschód słońca i Ela buszująca w słonecznikach.
Zaczęły się góry…

 

 

<< poprzedni odcinek

następny odcinek >>

 

O 9-tej otwierają granice.