Z Simsonem w Pamir... - odcinek 6.






2010-07-09 piątek

Jedno jest pewne. Jesteśmy o czasie. Naprawdę czuję się tu bezpiecznie. Niezwykle życzliwi ludzie. Jak jest podana cena na bazarze, to jest to właśnie ta cena właściwa. Nie trzeba się targować (aczkolwiek nie zaszkodzi). Nikt tu nikogo nie naciąga, poza milicją, bo ta w byłym bloku zawsze ta sama, ale tu też jakby lepsiejsza.
No kurwa, jesteś prawie w raju.
Granicę przekroczyliśmy kolumną. Potem Mirmil ze swoją załogą szybko nam uciekł, bo mnie się jeszcze chciało fotografować wsio dookoła po wschodzie słońca. Później okazało się, że uciekł zbyt daleko. Znaczy pojechał tam, gdzie nie należy. Nadrobił kupę km i stąd my wjechaliśmy pierwsi do Duszanbe.
Po drodze nic się specjalnego nie działo, poza tunelem, w którym to wymuszałem na Wandzi zachowanie po mojej linii, wyłączając światła.
Moment robiła się atmosfera iście piekielna. W skąpym świetle widać było robotników uwijających się w oparach spalin i auta kluczące między potężnymi dziurami, w które z trzaskiem zapadały się 33-calowe elwoodowe koła. W tej atmosferze ElWandzik był w stanie podpisać wszystko, bylebym tylko te światła włączył.
Tuż przed wyjazdem z tunelu słyszymy potworny huk!
Co jest kurwa?! Odruchowo dodaje gazu, by jak najszybciej wydostać się z tej ciemni. Wyprzedzamy ciężarówkę, której jedno koło randem napieprza o skalne podłoże. Ufff... to strzeliła opona. Wypuszczamy z siebie powietrze jak na komendę.
To była kolumna ciężarówek i szybko doganiamy tą przed nami, aby dać znać klientowi, że jego kumpel (ostatni w kolumnie) ma problemy. Po tym strzale wszyscy jednak spierdalali jak mogli i gościu tylko kiwnął do nas głową, że niby rozumie i... dodał gazu!
Za tunelem zatrzymaliśmy się na chwilę, by podziwiać cudną panoramę Gór Zerawszańskich. Stłamszona gaszeniem świateł Wandzia strzeliła hejnała lokalnym browarem i pojechaliśmy dalej.
Na pierwszej bramce udawaliśmy głupów i odpuszczono nam zapłatę, na drugiej było już tylko 3 somoni i zapłaciłem. Mirmil walił głupa do końca, jak się okazało i uniknął opłat w ogóle.
Za tą drugą bramką zjeżdżam nad rzekę, by umyć auto. Stajemy dokładnie w tym samym miejscu, w którym to trzy lata wcześniej przeżyłem coś, co Wandzia w tunelu. Przez wyjątkową głupotę kompana w wycieczce mało nie zatopił mi Elwooda w rzece.
Myję auto, bo z godnie z dyrektywą prezydenta, po stolicy mogą jeździć tylko czyste auta. Nie chce mi się co 100m stawać i tłumaczyć, że dlatego i tamtego... Nie ma na to czasu.
W drodze powrotnej nigdy za to nie myję auta, po to właśnie, by dowieźć ten "gruz" na nim do domu. Na razie nie ma jeszcze co.
Do stolicy wjeżdżamy wczesnym przedpołudniem. Zakwaterowanie w hotelu Duszanbe, w samym centrum. Trochę jestem podekscytowany, bo dopiero teraz mam okazję poznać całą ekipę.
Razem z Petro, Kubą i... hm nie pamiętam! Ale idziemy do amabasady afgańskiej, by załatwić ostatnie formalności dotyczące wjazdu i odebrać wizy.
Kończymy wizytę w... barze. Razliwnyje piwo i twórcza lokalna atmosfera. Kuba i Petro od razu orientują me serce we właściwym kierunku. Petro to gigant w temacie hardcorowych wycieczek. Podziwiałem go na ostatnich kolosach. Wiedziałem wtedy, że jedziemy razem, ale nie podszedłem. Zbyt dużo się działo.
Kuba, to tłumacz wyprawowy. Farsi, dari... wystarczy. Nawijał, jak po swojemu. Pijemy piwo i śmiejemy się.
Wiedziałem już teraz, że dociągnę do Sarhad i byłem spokojny. Mogłem się tym bardziej spokojnie napić piwa i odreagować pierwszy etap wycieczki.
W hotelu zapadają pierwsze wspólne dla całej ekipy decyzje. Konstytuuje się załoga Elwooda do Garmczaszma. Poznaję Sławka Korytkowskiego, do załogi wraca Szpilberg. Karpia nie mogę poznać, bo najebał się jak worek i śpi.
Wieczorem jednak, poza Szpilbergiem i Wandzią udajemy się wspólnie w Duszanbe bajnajt.
Lądujemy w knajpie i zaraz dostajemy się pod opiekę świętującego tu właśnie Afgańca. Nie ma mowy, byśmy płacili za cokolwiek. Nacjonalna kamanda z Polszy ma się bawić na jego koszt. Większość nie kuma bazy, ale ja wiem, że nie ma się co opierać. Trza bawić sie i pić! Tym sprawiamy naszemu gospodarzowi największą przyjemność.
Przy płaceniu rachunku, gdzieś w środku nocy, nie ma mowy o regulowaniu czegokolwiek. Byliśmy gośćmi i finito!
Polacy... w stolicy obcego kraju... Lądujemy w kolejnej knajpie!
Tu z kolei nie daje nam spokoju... Uzbek. Pijemy wszyscy na jego konto. Pije też ledwo wytrzeźwiały parę godzin wcześniej Karpiu. Za teksty, które walił Uzbekowi, od razu przypadł mi do serca.
Hm... pomyślałem... To z takimi gagatkami przyjdzie mi spędzić najbliższe dni?
Wandzia, Szpilberg, Zwierzak, Karpiu... Powiem Wam: dzisiaj nie żałuję ni minuty spędzonych z nimi. Naprawdę było warto.
Wandziu i Szpilbergu, Was zostawiłem na koniec, co niniejszym czynię i również Wam dalszą część przygód dedykuję.

1

      Przed Pendżykentem


2

 Wjechaliśmy w Góry Zerawszańskie. Na jednej z przełęczy Klimas dopytuje,
 czy aby na pewnowałaściwy kierunek obraliśmy. Właściwy.

 

3  

    Próba sprawności. Klimas umie stać na jednej nodze.

 


    Co robi góralka w górach?


5

    No…?


6

   Łoi.



7

    Potem był tunel, a potem Duszanbe. Szpilberg wyciąga cały (na szczęście )
   kryształ dla konsula afgańskiego w Duszanbe.


 

8

Po odebraniu brakujących, afgańskich wiz, chwila na rozluźnienie, czyli Duszanbe baj najt.
Stawia ten ciemny po prawej. Afganiec.


9

   A taki był finał baj najtu.


2010-07-10 sobota

Nadchodzi czas właściwy. Ranne pakowanie.
Jadę jeszcze z Mirmilem na targ, by kupić łatki do gum oraz pompkę na potrzeby Simsona. Towarzyszy nam Tadżyk, który wynajmuje nam jeszcze jedno auto. Tylko w ten sposób mamy szanse zabrać się wszyscy razem.
Przy okazji informuje, że z powodu przebudowy mostu u wrót Pamiru musimy jechać przez Kuljab. Trochę mnie zmartwił, bo ostrzyłem sobie zęby na panoramy z przełęczy Chaburabot. Jedne z piękniejszych w całym Pamirze.
Tym niemniej droga wijąca się w komitywie z Pandżem dookoła Badachszanu wydaje sie równie interesującą. Nią jeszcze nie jechałem. Tyle, że to spora dokładka km. No, ale chuj, przeważa ciekawość, później się będę martwił o paliwo...

Wyjeżdżamy w południe. Mirmil musi zaliczyć jakiś warsztat, bo ma kłopoty z hamulcami. Dla mnie to okazja, by podociągać, co się da. Mamy luźny amortyzator w przyczepce i będzie to już nasz doraźny problem. Zwierzakowi temat nie daje spokoju, wtóruje mu Karpiu.
Na rozstajach kierujemy się na Nurek. Z sprzed trzech lat w pamięci został mi bazar po drodze, na którym proponuję uzupełnić zapasy bieżące oraz skosztować razliwnyjego piwa. Trzy lata temu było tak kwaśne, że przypomniały mi się stare dobre czasy z młodości.
Straszę zespół, że muszę się koniecznie napić, bo ręce mi się trzęsą, a na przepastnych drogach, które nas czekają muszę być w pełni sprawny. Gdy tak rozbiegliśmy się po bazarze, cicho zagaja Karpiu:
- Elwood... wiesz... wypijesz se w Garmczaszma.
Śmiać mi się chce, ale poważnie odpowiadam:
- Nie mogę stary, ja MUSZĘ sie napić!
Po chwili jednak dodaję:
- Spoko stary, te bajeczki o moim pijaństwie, to gruba przesada. Wypiję sobie jedno, by choć trochę podroczyć się z wami.
Widzę ulgę na twarzy Karpia. Po chwili wszyscy lądujemy na jednego. To znaczy ja wypijam niecałe pół, a koledzy po dwa i widać, czego im potrzeba. Razliwnyje rulez!
Karpiu wpada na genialny pomysł, aby lano je nam do petów po mineralnej. W takiej wersji pół litra kosztuje 1 somoni, a nie 5! Szybko zapełniamy wszystkie pety, a trochę ich nam zostało po Uzbekistanie.
Wkurwiają mnie co prawda tym piciem, ale moment w puszce robi się wesoło.
- A razliwnyje u was jest?
To pytanie wchodzi na stałe do słownika załogi naszego czołgu. Chłopaki z Wandzią żłopią te piwo w kosmicznym tempie tak, że w prawie każdej dziurze trza stawać i dotankowywać.
Gitara idzie w ruch mimo, że miejsca na nic. Przy okazji okazuje się, że poza Wandzią wszyscy na tej gitarze grają! Przed zjazdem do Nurka stajemy na serpentynie i lecimy w krzaki. Oto komentarze:
- Elwood, do twojej kupy zleciało się najwięcej much!
- Kurwa, a Szpilbergowe latają za nim do naszego auta!
Wjeżdżamy do Nurka. Mieścina leży u podstawy największej ziemnej tamy świata. Ponad 300m wysokości. Trudno sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby się przerwała...
Trzy lata temu kiblowałem tu w oczekiwaniu na tadżycką wizę i udało mi się wjechać na samą górę. Jest to obiekt o znaczeniu militarnym, pilnie strzeżony. Wjazd wymaga szczególnych pozwoleń. Negocjacje zajęły nam 5 minut. Pomógł Kloss i Szarik...
Jesteśmy, poza browarem, równie mocno obciążeni. Z rzadka udaje mi się przekroczyć 50km/h. Podjazdy i zjazdy, podjazdy i zjazdy. Tych drugich co raz mniej.
Po kilku godzinach uciążliwej jazdy wjeżdżamy na długie plateau, prowadzące do Kuljab. Jedzie się łatwiej, nawet 80km/h. Po drodze zaliczamy aryjskie ruiny.
Na nasz widok dyrektor muzeum szaleje z radości. Od niego dowiadujemy się, że Mirmile są o jakie trzy godziny jazdy do przodu. To klasyczny akademik z sowieckich czasów. Spędził na tych wykopaliskach ponad 25 lat. Jako pierwszy wbił tu łopatę w ziemię rozpoczynając badania. Do dzisiaj odbudowano mury i odsłonięto szereg obiektów.
Opowiada z pasją. Szczególnie interesujący wydał nam się system ogrzewania parą. Spędzamy z dyrektorem miłe chwile, które pozwoliły nam odetchnąć i ciut odjechać w przeszłość. Nic dziwnego, że Hitler szukał pobratymców w Pamirze. To tu właśnie rozeszły się dwie linie Aryjczyków. Charakterystyczne swastyki zdobią ogromną bramę razem z pełnymi symboliki płaskorzeźbami.
Usatysfakcjonowani opuszczamy ruiny około 18-tej, długo żegnani przez dyrektora.
Do Chuljab wpadamy na zamknięcie bazaru. Karpiu ze Zwierzakiem załatwiają temat piwa. Ja z Wandzią i Szpilbergiem decydujemy się na konkretniejsze zakupy. Udało mi się przekonać wiarę do... gulaszu!
Tłumaczę, że na wyprawach żarcie nie musi się kończyć na gotowych produktach z torebek, chińskich zupkach i takich tam.
Ja naprawdę gotuję w terenie tym bardziej, że często wypełnia mi to przyjemnie czas w samotności.
Kupujemy wołowinę (która później okaże się koźliną) i warzywa niezbędne do gulaszu. Bladą paprykę, czosnek, pomidory (ja dodaję) i cebulę. Ryż i przyprawy mamy z własnych zapasów.
Z Chuljab ruszamy już dobrze po zmroku i mamy mały kłopot, aby trafić na właściwy trakt. Na wylocie z miasta tankuję jeszcze po pachy. Zbiornik do pełna i kanistry do pełna. Łącznie ponad 220 litrów paliwa.
Po kilkunastu kilometrach, gdy bije na 22-gą stajemy na jakiejś polance. Od razu bierzemy się za gotowanie. To znaczy ja, a reszta przygotowuje obozowisko. Karpiu z siekierą lata za drewnem. Ostatecznie przytargał spory okaz topoli, która za chuja nie chciała się palić.
Zwierzak chwilowo bezrobotny grał na gitarze, Szpilberg kompilował obrazy na laptopie, Wandzia patrzyła w gwiazdy, a Karpiu był głównym sosserem.
O 3-ciej nad ranem gulasz był gotów! Karpiu zadecydował jeszcze tylko dodaniu łyżeczki cukru, która okazała się wisienką w torcie.
Żarcia wyszło ogrom. Po sutym posiłku padliśmy w namiotach jak kawki. Było cudnie...



10

Załoga Elwooda już w pełni zintegrowana. Gaworzymy na ławce przed hotelem
Duszanbe w Duszanbe. Duszanbe, to po tadżycku poniedziałek.
Siedzimy więc przed Poniedziałkiem, w Poniedziałku, w sobotę o poranku…


11

Tuż za Duszanbe pierwsze tankowanie. Razliwnyje rulllez!


12

Stoimy przed targiem. Z bramy po lewej wyjeżdża orszak… weselny!


13

Z bramy po prawej, żałobny! Lokalesi pilnie się przyglądają, a my filmujemy.


14

Oni nam zaś.


15

Krótki przystanek przed Nurkiem. Zaraz pokonamy ponad 600metrową
różnice wzniesień i wjedziemy do dziury w ziemi. Jest upalnie.
Temp sięga 40 st. W dziurze jeszcze goręcej…


16

Dlatego staramy się jak najszybciej z dziury wyjechać w kierunku Chuljab.


17

Zalew Nurek w pełnej krasie. Chwile tu kontemplujemy.


18

Elwood staje się słabszy… Hm. Cos jest nie tak… Nie jest to kwestia wysokości.



19

W każdej mieścinie praktycznie tankujemy. Razliwnyje znika w oczach.
Ja biorę tylko po łyku. Tak na zmoczenie spierzchniętych od skwaru i kurzu warg.


20

Po drodze odkopana twierdza Arian. Tu się rodowodu doszukał Hitler… psia jego mać.


21

Po ruinach osobiście oprowadza nas dyrektor muzeum. Tadżyk, rosyjski akademik.
Trzy godziny wcześniej oprowadzał załogę mirmilową.


22

Inspiracja austriackiego kaprala…


23

Opuszczamy ruiny… Jak w Siemiatyczach na Podlasiu kilkanaście lat temu.


24

Mistrz obozowej kuchni. Elwood z lepszego profilu.


Spóźniona kolacja, piwo, scaliła załogę w monolit. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Było ognisko, była gitara, były śpiewy, było fajnie…




<< poprzedni odcinek



Przed Pendżykentem